PROLOG
Katowice, czerwiec 1998
Borys Dyrda nie potrafił oderwać wzroku od otoczonych gęstą siatką zmarszczek oczu staruchy. Jedno z nich było szare, a jego kolor skojarzył się dziennikarzowi z niebem w najbardziej pochmurny listopadowy dzień. Drugie brązowe, choć w słabym świetle – całe piętro było oświetlone tylko przez jedną żarówkę – przywodziło na myśl okupiony krwią, potem i życiem śląski węgiel. I to właśnie spojrzenie tego oka przyprawiało Borysa o dreszcze.
Kobieta była od niego starsza o dobrych czterdzieści lat, niższa o trzydzieści centymetrów i o tyleż kilogramów lżejsza, w żaden więc sposób nie stanowiła dla niego zagrożenia, a mimo to z jakiegoś powodu budziła w nim lęk. To spojrzenie, to, co mówiła…
Borys od początku wiedział, że sprawa, którą postanowił się zająć, będzie go kosztowała więcej niż wszystkie inne wydarzenia kryminalne, jakie zrelacjonował już w swojej karierze. W końcu chodziło o krzywdę dziecka, a tego typu zdarzenia poruszają najbardziej. Ale nigdy by nie przypuszczał, że za śmiercią dziewczynki kryje się coś więcej, że trafi na trop, który doprowadzi go do kobiety o dwukolorowych tęczówkach.
Ja żech już godała… żodyn nie słuchoł! Ani ten milicjant, ani… – Machnęła ręką, najwyraźniej uznawszy, że nie ma co poświęcać uwagi tym, którzy nie dawali wiary jej zapewnieniom. – A teraz dziołszkę zawezwoł Utopek.
Borys powstrzymał się od wymownego westchnienia, a dziwne napięcie bezpowrotnie ustąpiło miejsca rozczarowaniu. Zjawiając się na Załężu, liczył na to, że rozmowa z tą kobietą wniesie nowe, istotne wątki do sprawy, ale teraz, kiedy starowina znów, tak jak w liście do niego, powołała się na śląską legendę o demonie, który zamieszkuje zbiorniki wodne, wabi do nich ludzi, a następnie ich topi… Borys oczywiście znał tę opowiastkę. Wprawdzie matka straszyła go głównie Bebokiem, który miał czyhać na dzieci w zakazanych miejscach, gdzie bajtle nie powinny chodzić, ale Utopek również dość często przewijał się w śląskiej mitologii, a raczej demonologii, bo przesycona była ona opowieściami o upiorach.
Dziennikarz pokiwał jedynie głową, udając, że zgadza się z tym, co opowiada kobieta. Już otworzył usta, żeby wypowiedzieć słowa podziękowania i pożegnania, kiedy nagle staruszka zacisnęła dłoń na jego przedramieniu, jakby wyczuła, że mężczyzna zamierza odejść. Wbiła palce mocno w jego rękę. Borys odruchowo rozejrzał się wokół, ale na klatce schodowej byli sami.
Co to za różnica: czy dziołszkę zabił demon przebrany za chłopa, czy…
Dyrda jednak nie pozwolił jej dokończyć.
Czyli dziewczynę zabił mężczyzna, tak? Jest pani pewna? – Sprawnym ruchem uwolnił się z uścisku kobiety. Kątem oka dostrzegł, że palce staruszki zostawiły czerwony ślad na jego skórze.
Pan nie słucha, jak tamci. Pan nie chce pojąć. Inne bajtle się straciły, łona nie jest jedyna! To się zaś dzieje, to już było, ale tamtych bajtli żodyn nie znalazł! – Kobieta mówiła coraz głośniej i głośniej, a ostatnie słowa wykrzyczała.
Borys raz jeszcze spojrzał w jej czarne oko, próbując dostrzec w nim szaleństwo, ale zauważył jedynie czystą determinację. Wciąż nie potrafił rozstrzygnąć, czy staruszka jest godna zaufania, czy to po prostu zwykła wariatka, ale postanowił spróbować. Nie miał nic innego, żadnego tropu, który mógłby go doprowadzić do tego potwora. Miał za to coraz więcej wątpliwości co do winy głównego podejrzanego policji. Mieszkańcy bali się o swoje dzieci, powtarzali sobie coraz bardziej niewiarygodne i wykluczające się plotki, ktoś znów się zaklinał, że widział w okolicy czarną wołgę – a jak, legenda odżyła – ktoś inny opowiadał o tajemniczym mężczyźnie, który miał zaczepiać dzieci przed szkołą, choć nikt nie potrafił powiedzieć o nim nic konkretnego i w zasadzie nikt go nie widział. Każdy tylko słyszał od kogoś, komu mówił ktoś inny… i tak dalej. Borys obawiał się, że w tym całym chaosie zaraz dojdzie do linczu.
Pani mi opowie wszystko, co wie o tych dzieciach, które zaginęły – oznajmił, na co Maria Pawłowska z wyraźnym zadowoleniem otworzyła przed nim szeroko drzwi do swojego mieszkania.
ROZDZIAł 1
Katowice, czerwiec 1998
Wcześniej
1.
Borys wyszedł z przejścia podziemnego na niewielki plac tuż przy „Żylecie”, jak mieszkańcy potocznie nazywali dwudziestoczteropiętrowy blok przy Sokolskiej trzydzieści trzy. Skwer był mocno zaniedbany i rozpaczliwie wręcz błagał o renowację, ale czy istniało w Śródmieściu choć jedno miejsce, które nie potrzebowało remontu? Borys pomyślał o obskurnym dworcu i od razu poczuł ucisk w klatce piersiowej. Nie, nie będzie znów fundował sobie kolejnych wyrzutów sumienia. Nie dziś, nie teraz, kiedy w końcu, po czterdziestu latach, skończył z wewnętrznym miotaniem się i zaczął układać sobie życie.
Na górze ponownie z całą mocą uderzył w niego skwar czerwcowego dnia. Borys wytyczył sobie najkrótszą drogę powrotną do Domu Prasy Śląskiej, gdzie temperatury wcale nie należały do przyjemniejszych, ale przynajmniej to palące słońce nie niszczyło ogniem jego karku. Obejrzał się jeszcze za siebie i po drugiej stronie ruchliwej ulicy Sokolskiej zobaczył niewielką, rozchodzącą się już grupkę ludzi. Wracali z tej samej uroczystości, co on. Borys kierował się do siedziby redakcji z poczuciem nieźle wykonanego zadania. Zajął dobre miejsce, co zaowocowało przyzwoitymi zdjęciami. W gazecie, zresztą jak wszędzie, cięto etaty na potęgę, dlatego dziennikarze musieli się stać również fotografami. W PRL-u to byłoby nie do pomyślenia. Borys Dyrda wspominał poprzedni ustrój jako słusznie minioną epokę. Nie tęsknił za represjami, kartkami na mięso, strajkami, cenzurą, choć musiał akurat przyznać, że ze względu na silną pozycję katowickiego aparatu partyjnego dziennikarze ze Śląska mieli życie nieco łatwiejsze niż w innych regionach kraju.
Problem polegał na tym, że Polakom miało się żyć lepiej, a tymczasem bezrobocie i bieda zaglądały ludziom w oczy każdego dnia. Za rok minie dziesięć lat od pierwszych wolnych wyborów. Borys złapał się na tym, że zastanawia się, ile jeszcze pokoleń będzie cierpieć z powodu sowieckiego buta, pod którym tkwili przez niemal pół wieku.
Borys, poczekaj! – rozległ się za nim głos, zdecydowanie należący do kobiety.
Dziennikarz obejrzał się przez ramię i poczuł, jak dobry nastrój, który nie opuszczał go od poranka, właśnie ulatuje z pierwszym tego dnia mocniejszym podmuchem wiatru, przynoszącym zapowiedź obiecanej burzy.
Oczywiście, dostrzegł Agatę wśród dziennikarzy przybyłych na uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod budowę nowoczesnej siedziby Banku Śląskiego. Nawet gdyby nie znał tej kobiety, z całą pewnością zwróciłby na nią uwagę, a to dlatego, że robiła wokół siebie mnóstwo zamieszania, choć nie tylko o to chodziło. Zawsze głośno się zachowywała, prowadziła podniesionym głosem rozmowy, śmiała się, gestykulując przy tym zawzięcie. Poza tym jej uroda przyciągała uwagę – prosty, zgrabny nos, duże błękitne oczy, pociągnięte perłoworóżową pomadką usta, proporcjonalna sylwetka.
Tego dnia jednak Borys zrobił wszystko, aby nie znaleźć się w odległości zmuszającej go do przeprowadzenia kurtuazyjnej pogawędki.
Zwolnił kroku, nie wyciągając rąk z kieszeni.
Czy ty mnie unikasz? – zapytała, kiedy udało jej się już z nim zrównać.
Skąd takie wnioski? – Pozwolił sobie na bezczelny uśmiech, licząc, że po prostu się obrazi z powodu jego chamstwa, ale niestety Agata Romska nie zmieniała się z biegiem lat.
Najwyraźniej musiałam błędnie zinterpretować twoje zachowanie. – Mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Nieważne. Może usiądziemy gdzieś i wypijemy kawę?
Borys prześlizgnął się wzrokiem po wciąż zgrabnej sylwetce Agaty. Nie miał pojęcia, jak ona to robiła. Urodziła troje dzieci. Absolutna większość znanych mu kobiet po wyjściu za mąż i wydaniu na świat dzieciaków roztyła się, choć właściwszym byłoby określenie „rozmemłała”. Nie był pewien, czy takie słowo w ogóle istnieje, czy tylko je sobie wymyślił lata temu i korzystał z niego na tyle często, że uwierzył w jego funkcjonowanie w języku polskim.
Agata zawsze podążała za modą, dlatego nie zdziwiła go jej nowa fryzura – nosiła mocno wycieniowane, krótkie włosy. W końcu zrezygnowała z blond koloru i wróciła do swojego naturalnego odcienia. Jako szatynka wyglądała zdecydowanie lepiej. Dżinsowa spódniczka sięgała do miejsca, w którym co najwyżej mogła się kończyć spódnica dwudziestokilkulatki, a nie kobiety w jego wieku, ale to nie była sprawa Borysa. Agata szła obok niego, uderzając głośno obcasami chodaków o chodnik.
Spieszę się do redakcji – odpowiedział wymijająco Borys. – A ty nie powinnaś się kierować w drugą stronę? Kobieta pracowała w TVP3 Katowice, która miała siedzibę przy ulicy Telewizyjnej, na pograniczu Katowic i Siemianowic Śląskich.
Idę na Rynek na tramwaj. – Pokazała mu język, a jemu trudno było uwierzyć, że to w ogóle zrobiła.
Ten gest w jakiś sposób rozczulił Borysa. Przez krótką, bardzo krótką chwilę poczuł, że tęskni za Agatą. Nie znał drugiej takiej jak ona, kobiety tak bardzo niepasującej do czasów i kraju, w którym przyszła na świat. Kobiety za nic mającej konwenanse, śmiało sięgającej po to, czego pragnie, kobiety, która w wieku czterdziestu lat pokazuje na ulicy dorosłemu facetowi język i ma głęboko w poważaniu to, co inni o niej pomyślą.
Szybko jednak odrzucił od siebie te rozważania. Znajomość z Agatą i wewnętrzne miotanie się to w zasadzie synonimy, a on przecież w końcu pożegnał tamtego chłopca, którym był przez niemal cztery dekady, i powitał mężczyznę. Naprawdę mocno w to wierzył.
Jak ci się podobało na uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę centrum nowego, kapitalistycznego Śląska? – zapytała tonem dość jednoznacznie świadczącym o tym, co ona sama myśli o tej szopce, w której właśnie uczestniczyli.
Cóż, wbrew pozorom uważam, że to wielka rzecz dla Katowic, dla Śląska. Może w końcu coś się tutaj ruszy.
Masz na myśli nowe miejsca pracy? – podsunęła Agata.
Nie tylko. Coraz głośniej mówi się o nierentowności śląskich kopalń, zamyka się kolejne zakłady… Śląsk powinien poszukać nowej tożsamości.
Dziennikarka zachichotała.
Kopalnie są nierentowne przez nieudolne zarządzanie, węgla mamy w chuj. – Wyciągnęła z czarnej prostokątnej torebki paczkę papierosów. – Chcesz? – Podsunęła kartonik w stronę Borysa, który ostatkiem woli powstrzymał się przed poczęstowaniem się.
Który to już dzień? Piąty, szósty? Borys wiedział, że ostatecznie się złamie, za bardzo lubił palić, aby już nigdy w życiu nie puścić sobie dymka, jednak z każdą kolejną godziną czuł się coraz większym zwycięzcą i właśnie dla tej wewnętrznej satysfakcji nie wziął od Agaty papierosa.
No, niby lada dzień mają w Warszawie zaakceptować program restrukturyzacji górnictwa – ciągnęła – który potrwa do dwa tysiące drugiego roku, kiedy to kopalnie znów mają zacząć przynosić zyski. Pożyjemy, zobaczymy.
Borys tylko skinął głową, nie podejmując tematu. Agata uwielbiała się chwalić posiadaniem informacji, które jeszcze nie zostały podane do publicznej wiadomości, ale przecież on też był dziennikarzem i sporo wiedział, a akurat rozmowy rządu na temat pożyczki z Banku Światowego na reformę górnictwa nie były żadną tajemnicą. Sam nie dalej jak kilka dni temu opublikował krótki artykuł o związkowcach, którym się nie podoba, że muszą konsultować kwestię restrukturyzacji z przedstawicielami Banku Światowego. „Zadajemy sobie pytanie: czy jesteśmy jeszcze krajem suwerennym, czy utraciliśmy już niezależność, bo przecież nie jesteśmy jeszcze członkiem Unii Europejskiej?”* – skomentował jeden z działaczy.
* Za: „Dziennik Zachodni”, nr 128 z 2 czerwca 1998 r.
Liczył na to, że Agata da sobie spokój i pójdzie w swoją stronę. Zakończył ich burzliwą znajomość przed rokiem i Bóg mu świadkiem, naprawdę zrobił ze swojej strony wszystko, aby się uwolnić od tej kobiety bluszcza. Czasem łapał się na tym, że z całego serca współczuje jej mężowi, ale potem przypominał sobie, jak rozprawił się z nim jej małżonek, i litość ustępowała miejsca swego rodzaju satysfakcji i przekonaniu, że każdy dostaje to, na co sobie zasłużył.
Unikał Agaty, jak tylko mógł, ale wbrew pozorom Katowice wcale nie były ogromnym miastem, a oni wykonywali ten sam zawód, siłą rzeczy więc ich ścieżki się krzyżowały. Najwyraźniej cisza między nimi zaczynała Agacie doskwierać. Przecinali właśnie targowisko mieszczące się na placu między ulicami Piotra Skargi i Mickiewicza – jakaś kobieta oglądała ogromny biustonosz w kolorze cielistym za osiem złotych, a młody mężczyzna mierzył dżinsy na kartonie ustawionym w kącie straganu.
Może umówimy się kiedyś na drinka? – Agata jeszcze raz spróbowała, na co Borys z niedowierzaniem pokręcił głową.
Nigdy się nie zmienisz, co?
Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdziła z miną niewiniątka.
Kilka lat temu Borys z całą pewnością dałby się nabrać na te jej sztuczki. Prawdę powiedziawszy, nie miał pojęcia, co ona w nim w ogóle widziała. Nie był za specjalnie przystojny ani wysoki – ledwie liczył sobie metr siedemdziesiąt, nie dbał też o swój wygląd, nigdy modnie się nie ubierał, stawiał przede wszystkim na wygodę. Zazwyczaj nosił jasne dżinsy z czarnym skórzanym paskiem, zwykły sweter, ewentualnie luźną koszulkę, w zależności od pogody. Szczytem ekstrawagancji była dla niego dżinsowa kurtka.
Twarz także miał nijaką, a przynajmniej za taką ją uważał – ot, zwykła gęba czterdziestoletniego faceta, na której upływ czasu już zdążył odcisnąć ślad. Na szczęście nie łysiał, choć siwych włosów miał już więcej niż brązowych. Agata z całą pewnością mogłaby przebierać w propozycjach od o wiele bardziej interesujących mężczyzn. A może tak właśnie było? Borys nigdy się nie łudził, że był jej jedynym skokiem w bok. Ona była zbyt nienasycona życiem, uzależniona od emocji. Pod tym względem byli do siebie zaskakująco podobni.
Ulica Mickiewicza w pewnym momencie przechodziła w Rynek, który rynkiem był tylko z nazwy, bo jedyne, co się na nim znajdowało, to torowisko i stanowiska kwiaciarek. Borys odczekał, aż czerwony tramwaj marki Konstal przejedzie w kierunku Warszawskiej, i pożegnał się z Agatą. Nie oglądając się za siebie, przeciął torowisko na wysokości Skarbka i skierował się do przeszklonego budynku, na którym wprawne oko wciąż mogło dostrzec ślad nazwy redakcji nieistniejącej już gazety – „Trybuny Robotniczej”. Pozostałe napisy zostały zasłonięte przez wszechobecne szyldy reklamowe, które tak mocno wrosły w krajobraz Katowic, że nikt już nie zwracał na nie uwagi. Na oknach na pierwszym piętrze białe, nieco pochylone litery układały się w napis „Dancingi”.
Borys od razu udał się do wind. Próbował nie myśleć o Agacie, którą zostawił przy Rynku. Nad czym się zastanawiał, zanim ją spotkał? No tak, analizował wzmiankę prasową na temat tej całej hecy zorganizowanej przez Bank Śląski. Dumał nad tym, jak zmieni się krajobraz Śródmieścia, kiedy już powstanie ogromny biurowiec, którego powierzchnia miała liczyć więcej metrów kwadratowych niż M1 w Czeladzi. Teraz na tej działce stał wielki parking.
Winda zatrzymała się na piątym piętrze. Gdy tylko Borys wysiadł, natychmiast otoczyła go chmura gęstego dymu papierosowego. I jak tu nie palić?
Był już przy swoim biurku, kiedy dopadł go naczelny, jak zawsze pod krawatem, w koszuli i garniturze. Na zewnątrz było jakichś trzydzieści stopni, wewnątrz niewiele mniej. Borys dostrzegł krople potu spływające z czoła Andrzeja Biernackiego na metalowe oprawki okularów. I po co się tak męczyć?
Gdzie ty się podziewasz? – W głosie naczelnego zabrzmiała pretensja. – Wszędzie cię szukam.
Sam mnie wysłałeś na… – zaczął Borys, ale jego przełożony nie pozwolił mu skończyć.
No już, nieważne. Zbieraj się, jedziesz do Szopienic. Dostałem cynk, że zaginęło tam dziecko.
2.
Biernacki dał Borysowi do dyspozycji służbowe auto, co już samo w sobie świadczyło o tym, że doszło do nadzwyczajnego wydarzenia. Samochodów brakowało, a te dostępne były w opłakanym stanie. Naczelny więc niechętnie je przydzielał. Z tego, co Borys zrozumiał, o zaginięciu, a właściwie porwaniu – bo pojawili się świadkowie, którzy twierdzili, że dziecko zostało uprowadzone – jeszcze nic nie napisano i nie powiedziano, dlatego Dyrda musiał się spieszyć, aby nikt go nie ubiegł.
W takich chwilach – i tylko w takich
chwilach – żałował, że nie pracuje w radiu czy telewizji. Tego
rodzaju media
miały tę przewagę nad gazetami, że mogły relacjonować wydarzenia niemalże w czasie rzeczywistym, a „Dziennik Zachodni” co najwyżej wrzuci informację o zaginięciu dziewczynki na jedynkę jutrzejszego wydania. Borys jednak i tak wolał pisać, niż opowiadać, choćby z tego względu, że miał czas do namysłu. Telewizja była nastawiona na sensację, a on w gazecie mógł relacjonować sprawę tygodniami i miesiącami, przekazać społeczeństwu tło, naszkicować szerszy kontekst.
Jechał dużym fiatem ulicą Warszawską, po drodze mijając zaniedbane kamienice, a wraz z każdym kolejnym pokonanym kilometrem zmniejszała się gęstość szyldów reklamowych, które stanowiły domenę centrów miast. W myślach analizował to, czego się dowiedział od naczelnego, a nie było tego zbyt wiele – Dorota Musioł po raz ostatni była widziana poprzedniego dnia późnym popołudniem, poszukiwania rozpoczęły się w nocy, do tej pory nie przyniosły żadnych rezultatów. Dziewczynka przepadła, a jakiś świadek utrzymywał, że widział, jak mała została wciągnięta do samochodu.
Borys zaparkował auto na klepisku przy Wiosny Ludów, w pobliżu familoka, w którym mieszkała zaginiona – adres dostał od naczelnego. Rozejrzał się, konstatując smutny obraz, ale czego mógł się spodziewać, skoro nawet centrum, w które teoretycznie powinno się najwięcej inwestować, było po prostu brzydkie? Dawno nie był w Szopienicach, bo i nie miał po co. Jakiś czas temu przeprowadzał pewną rozmowę na Hallera, ale tam wyglądało to odrobinę lepiej, z naciskiem na „odrobinę”.
Z zamyślenia wyrwało go dudnienie tramwaju. Wysiadł z samochodu i spojrzał w niebo. Chyba nic jednak nie będzie z zapowiadanej burzy, a szkoda. Przydałoby się, żeby solidnie polało, choć od roku ulewne deszcze kojarzyły się Polakom bardzo, bardzo źle.
Przeszedł na drugą stronę ulicy po wyblakłych pasach dla pieszych i jeszcze raz sprawdził na kartce od naczelnego numer budynku, którego szukał. Udał, że nie dostrzega zaciekawionego spojrzenia starszej kobiety w podomce, która wyglądała przez okno, oparta o parapet. W takich miejscach wszyscy się znali, obcy zawsze budzili zainteresowanie. Wejście do familoka z czerwonej cegły znajdowało się od ulicy. Na postawionym przy drzwiach zniszczonym krześle z ciemnozielonymi materiałowymi obiciami siedział starszy mężczyzna podpierający się o laskę. Co chwilę ruszał językiem, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Borys zauważył, że staruszek nie ma z przodu zębów, najprawdopodobniej nie miał ich wcale.
Dzień dobry – przywitał się dziennikarz, uznawszy, że skorzysta z szansy, którą podsuwa mu los. – Pan tutaj mieszka?
Mężczyzna przeniósł spojrzenie z pustej ulicy na zagadującego go Borysa. Dyrda mógłby przysiąc, że staruszek ma poważne problemy ze wzrokiem – patrzył na niego tak, jakby go nie widział. A może po prostu nie chciał widzieć?
Czego chce? – najeżył się mieszkaniec familoka.
Nazywam się Borys Dyrda i jestem dziennikarzem, pracuję w „Dzienniku Zachodnim”.
Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby stracił całe zainteresowanie swoim rozmówcą. Ponownie zamlaskał i mocniej zacisnął dłonie na lasce.
Czy słyszał pan o tej zaginionej dziewczynce? Chciałbym o tym napisać, nagłośnienie sprawy może pomóc w znalezieniu dziecka. Całkiem możliwe, że któryś z naszych czytelników widział coś, co…
Nie ma Dorotki – przerwał mężczyzna Borysowi niespodziewanie. – Jej ojciec szuka dziołszki od nocy, co tu wincyj godać?
Czyli zna pan dziewczynkę, tak? Może opowie mi pan coś więcej o jej rodzinie? – zaproponował Borys.
Nie uzyskał jednak odpowiedzi, bo z klatki schodowej dobiegł odgłos trzaśnięcia drzwiami, na co rozmówca Borysa wyraźnie się spiął. Bał się kogoś? Chwilę później z familoka wyszła korpulentna kobieta w wieku zbliżonym do wieku mężczyzny, ale z widocznie większą krzepą. Wsparła dłonie o szerokie biodra, zmrużyła oczy i posłała Borysowi pełne niechęci spojrzenie.
Mój chłop nic panu nie powie, łon ino fanzoli, ma nie po kolei we łbie – oświadczyła, na co mężczyzna wyraźnie się skurczył.
Borys przez dłuższą chwilę nie potrafił wykrztusić ani słowa, taki był zszokowany tym bezpardonowym atakiem na starszego pana, który doskonale wiedział i rozumiał, co się wokół niego dzieje – dziennikarz był tego pewien już po trwającej krócej niż minutę rozmowie.
No, języka w gębie pan zapomniał? – ponagliła go kobieta.
Ja… jestem dziennikarzem.
Ja żech słyszała, co pan godoł do mojego chłopa – stwierdziła, wzruszając ramionami, a Borys podążył za jej wzrokiem i zobaczył uchylone okno na parterze. – No, idzie? Nie mam całego dnia.
Borys bez słowa podążył za gospodynią. Mógłby przysiąc, że w kąciku oka staruszka dostrzegł łzę, ale kiedy spojrzał na mężczyznę ponownie, nic takiego nie odnotował.
3.
Borys musiał przyznać, że choć mieszkanie sąsiadów zaginionej dziewczynki wyglądało, jakby ostatnie prace remontowe zostały w nim wykonane za życia Bieruta, to jednak ktoś – Dyrda przypuszczał, że gospodyni – o nie dbał i regularnie w nim sprzątał. Na klatce schodowej również było czysto, w powietrzu jednak wyczuwało się wilgoć, która wniknęła głęboko w mury starego familoka. Trudno uwierzyć w to, że za moment ludzkość wkroczy w dwudziesty pierwszy wiek, a w katowickich dzielnicach takich jak Szopienice, Dąb czy Załęże mieszkańcy funkcjonowali w takich warunkach – odpadający tynk z budynków, stare, nieszczelne okna, wychodek na zewnątrz, niesprawne instalacje zagrażające bezpieczeństwu. Myśli dziennikarza pobiegły w stronę uroczystości, w której brał udział ledwie przed kilkoma godzinami przy skrzyżowaniu ulic Chorzowskiej i Sokolskiej. Czy taki właśnie będzie Śląsk w dwudziestym pierwszym stuleciu? Pełen kontrastów? Z jednej strony nowoczesne szklane biurowce, a z drugiej ludzie wychodzący w kilkunastostopniowym mrozie na dwór do toalety?
Gospodyni usadziła Dyrdę przy dużym prostokątnym stole przykrytym ceratą w cytryny. Podeszła do kaflowego pieca i postawiła biały czajnik na blasze.
Tyju się napije?
Borys, który właśnie zerkał w stronę uchylonego okna, próbując dostrzec męża kobiety, przeniósł na nią wzrok.
Nie, dziękuję. Mogłaby pani usiąść? Chciałbym jeszcze odwiedzić rodziców dziewczynki i…
Posłała mu pełne złości spojrzenie. Nie spodobało jej się to, że Borys mówi jej, co ma robić we własnym domu.
Jak się pani nazywa? – zapytał dziennikarz, podnosząc się na krześle i wyciągając z tylnej kieszeni dżinsów niewielki notatnik i długopis.
Janina Trela – przedstawiła się gospodyni, niechętnie zajmując miejsce naprzeciwko swojego gościa. – Napisze pan o mnie w gazecie?
Zobaczymy – odpowiedział wymijająco Borys. – Zna pani tę rodzinę, zgadza się?
Ja, wcześniej mieszkali tu ojce Janka.
Janka, czyli…
No, to od niego ta dziołszka się straciła. Dorotka to jego cera.
Czyli zna pani tę rodzinę od lat?
No przecież godom panu. Myśmy się tu sprowadzili chwila po wojnie, oni trocha później, za Gomułki. Mieszkają nad nami, w takim samym mieszkaniu jak nasze. Ojce Janka już pomarli, on został tukej z babą i bajtlami. Dobry chłop, pracowity, listy roznosi, to i ludzie go szanują. – Janina Trela śledziła czujnie małymi oczami każdy ruch Borysa, który właśnie zapisywał w notesie informacje o zawodzie ojca dziewczynki.
Jeszcze nie miał pojęcia, co się okaże istotne, a co nie.
A żona pana Janka?
Gospodyni sprawiała wrażenie zagubionej, jakby nie rozumiała, o co została zapytana. Kiedy w końcu pojęła, wzruszyła ramionami.
Siedzi z bajtlami w domu. A niby kto miałby z nimi być, skoro teście pomarli, a jej ojce też już chyba nie żyją, bo ich tukej nie widza?
Czyli pan Janek jest jedynym żywicielem rodziny?
A co się tak dziwi? Przecież to normalne, że chłop utrzymuje baba i bajtle, jest od tego jak dupa od… no. – Janina powstrzymała się w ostatniej chwili. – Nie to co mój chłop, zawsze miał do roboty pod górka. – Podniosła głos tak, żeby siedzący przed familokiem mąż usłyszał jej słowa.
Borysowi zrobiło się żal mężczyzny. Całkiem możliwe, że miał na sumieniu jakieś grzechy, bo kto ich nie ma? Może nie był idealnym mężem, może popełniał błędy, ale teraz był starszym, schorowanym człowiekiem.
Ile dzieci jest w tej rodzinie?
Piątka.
Dziennikarz pokiwał ze zrozumieniem głową. Piątka dzieci, jedna wypłata, dwuizbowe mieszkanie. Ci ludzie na pewno nie mieli łatwego życia.
Janina wstała od stołu, bo właśnie zagotowała się woda w czajniku. Sprawnym ruchem zdjęła czajnik z blachy gołą ręką.
Na pewno nie chce tyju? – zapytała gościa, ale Borys ponownie odmówił.
Kobieta sięgnęła do kremowego kredensu, nazywanego na Śląsku byfyjem, i wyjęła z niego szklankę w czerwonym plastikowym koszyczku. Z szuflady wzięła małą łyżeczkę i sięgnęła po kieliszek, w którym znajdowała się już wykorzystana wcześniej torebka herbaty. Wrzuciła ją do szklanki i zalała wrzątkiem. Po krótkiej chwili odłożyła herbatę z powrotem do kieliszka. Woda zdążyła się ledwo zabarwić.
Nie słodza, doktór nie pozwala. – Janina westchnęła głośno, dając tym samym do zrozumienia, co myśli o zakazach lekarza.
Widziała pani wczoraj Dorotę przed zaginięciem?
Gospodyni usiadła z powrotem, siorbnęła łyk wrzątku i odstawiła szklankę na stół. Borys zatrzymał wzrok na niewielkiej plamce na ceracie. Kobiecie trzęsły się ręce, nic dziwnego, że rozlała herbatę.
Ja – potwierdziła. – To taka dobra, cichutka dziołszka. Uczynna. Widziałach, jak wychodziła przed piątą. I już nie wróciła – dodała po dłuższej pauzie.
Czyli była pani jedną z ostatnich osób, które widziały dziewczynkę? – Dziennikarz poruszył się niespokojnie.
No, przecież godom panu – zniecierpliwiła się Janina. – Przed piątą poszła do ujka parę domów dalej. I się straciła.
Ten wujek to…
Brat matki Dorotki, Hanki.
Policja już u niego była?
A skąd ja mom wiedzieć? – Janina ponownie podniosła głos.
Borys w ciągu kilkunastu minut rozmowy z tą kobietą zdążył się zorientować, że niezwykle łatwo wytrącić ją z równowagi. Coraz bardziej współczuł staremu Treli.
A ten wujek ma swoją rodzinę? Żonę, dzieci?
Nie – zaprzeczyła gospodyni. – Dorotka często nosiła mu obiad, jak ją matka poprosiła. Już żech godała, że to uczynna dziołszka. A ten ujek sam, a wie pan, jak to jest, jak chłop sam. W głowie Borysa zapaliła się czerwona lampka. Samotny mężczyzna, do którego mieszkania wchodzi cicha, spokojna jedenastolatka i ślad po niej ginie… Pracował przy kilku sprawach kryminalnych i za każdym razem okazywało się, że sprawcą był ktoś z najbliższego otoczenia ofiary. Jeszcze nie myślał o zaginięciu dziewczynki jak o zabójstwie, ale należało jak najszybciej sprawdzić tego wujka. Miał nadzieję, że policja już to zrobiła.
Ile lat ma ten wujek? Jak się nazywa? Gdzie mieszka? – zasypał swoją rozmówczynię gradem pytań.
Z trzydzieści, może trzydzieści pięć. Gienek mu godoją. A mieszka dosłownie pięć domów dalej, o tam. – Janina podeszła do okna i pokazała kierunek.
Borys zamierzał dowiedzieć się więcej o zaginionej Dorocie Musioł, ale odłożył te plany na później. Najpierw musiał porozmawiać z mężczyzną, który jako ostatni widział dziewczynkę.
***
„Bajtel” będzie pierwszą powieścią ze śląskiej serii Magdaleny Majcher, znanej autorki kilkudziesięciu już kryminałów. Wszystkie tomy będą oparte na faktach. To będzie seria kryminałów inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami ze Śląska, ale nie będących typowymi true crime.

Może Cię zainteresować: