Zakończony niemal półtora roku temu Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań nie ma w regionie „dobrej prasy”. Przedłużająca się niemożność dokładnego policzenia złożonych deklaracji językowych i narodowościowych, a także informacje o olbrzymiej liczbie osób o „nieustalonej identyfikacji” sprawia, że działacze organizacji regionalnych nie pozostawiają suchej nitki na Głównym Urzędzie Statystycznym, sugerując bądź to technologiczne zapóźnienie tej instytucji, bądź to polityczne „drugie dno” sprawy.
Spis przypisał ankietowanych do miejsca zamieszkania, a nie zameldowania
Eksperci z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów doceniają jednak spis zwracając uwagę, że tym, co różni go od poprzednich, jest przypisywanie ankietowanych do miejsca zamieszkania, a nie zameldowania. To zaś pozwala „urealnić” dane od liczbie mieszkańców. Te oficjalne bowiem, bazujące na bazie PESEL, zwykle mają się nijak do rzeczywistości. W dużych miastach – na co od dawna wskazywali demografowie i miejscy urzędnicy – faktycznie mieszka bowiem więcej osób niż oficjalnie jest tam zameldowanych (pokazują to chociażby dane operatorów telefonii komórkowej lub zużycie wody z sieci), z kolei na prowincji rzecz ma się dokładnie odwrotnie – wiele zameldowanych tam osób w rzeczywiści już tam nie mieszka.
Porównując bazujące na miejscu zamieszkania dane ze spisu z danymi ludnościowymi z bazy PESEL eksperci IRMiR-u pokazali jak duże są między nimi rozbieżności.
Metropolia liczy więcej mieszkańców niż wynika z danych meldunkowych
Okazało się, że w przypadku naszego województwa praktycznie cała Metropolia liczy sobie więcej mieszkańców aniżeli to wynika z danych meldunkowych. Najbardziej „niedoszacowane” są Katowice, Chorzów, Bytom i Będzin. Na części obszarów tych gmin faktyczna liczba mieszkańców jest nawet o ponad 8 proc. większa. Rekordową różnicę zdiagnozowano w śródmieściu Chorzowa, gdzie faktycznie mieszka ponad 2000 osób więcej (tj. o ponad 29,5 proc.) niż jest tam zameldowanych. Niedoszacowanie rzędu 6-7 proc. występuje w:
- Tychach,
- Łaziskach Górnych,
- Mysłowicach,
- Sosnowcu,
- Siemianowicach Śląskich,
- Świętochłowicach,
- Rudzie Śląskiej,
- Zabrzu,
- Gliwicach,
- Tarnowskich Górach.
Co wynika z tych rozbieżności? Przede wszystkim to, że miasta, gdzie faktyczna liczba mieszkańców jest większa od tej zameldowanej mogłyby znacznie więcej otrzymywać do swojego budżetu tytułem udziału w podatku PIT, gdyby owe „martwe dusze” dokonały tam meldunku, albo przynajmniej zadeklarowały wolę rozliczania się tam z fiskusem. To zaś w obecnej sytuacji finansowej samorządów jest rzeczą nie nie pogardzenia. Część miast regionu (Katowice, Sosnowiec) od dawna zresztą dorocznie prowadzi kampanie namawiające do rozliczania podatku w faktycznym miejscu zamieszkania.
Może Cię zainteresować:
Metropolia musi poprawić planowanie przestrzenne, ofertę edukacyjną i wizerunek
Może Cię zainteresować: